Powrót do strony głównej Aktualności
Kubryk 2004 : Kochajcie piątkowe koncerty

Bywa tak, że wybierając się na jakiś festiwal skupiamy się na jego głównych wydarzeniach - koncertach finałowych, nocnych maratonach czy innych wielkich galach. Z braku czasu nierzadko rezygnujemy z tych mniej hucznych, odbywających się niekiedy jeszcze przed właściwy weekendem (co rzeczywiście nie jest wygodne dla osób zamiejscowych). Pocieszamy się, że niewiele straciliśmy, bo przecież główna impreza to sobota wieczór. A wiecie co? Na tegoroczny Kubryk warto było się wybrać przede wszystkim dla piątkowego Koncertu Wspomnień i Ballad Żeglarskich!

Koncert ten po raz kolejny potwierdził, że Kubryk to jedno z nie tak wielu miejsc, gdzie w komfortowych warunkach można posłuchać muzyki żeglarskiej, także tej spokojniejszej. Komfort ten, to z jednej strony nienaganne nagłośnienie, jakiego trudno uświadczyć gdzie indziej, a z drugiej strony publiczność, która przychodzi na koncert przede wszystkim po to by słuchać, a nie żeby się zabawić i odświeżyć kontakty towarzyskie. Piątkowy koncert był niemal wizytą w szantowej filharmonii ;-)

Do "trwałych elementów scenografii" Kubryku oprócz konferansjera Andrzeja Śmigielskiego należą oczywiście Cztery Refy. Trudno sobie wyobrazić ten festiwal bez ich występów. W piątek mogli sobie pozwolić na odgrzewanie nawet bardzo starych utworów bez ryzyka, że ktokolwiek na sali może im mieć to za złe - atmosfera koncertu sprawiła, że nawet ich słynne tasiemcowe kilkunastozwrotkowe pieśni wielorybnicze zdały się być całkiem krótkimi, a mnie wręcz było szkoda, że opowiadane w nich historie nie były dłuższe. Ech, tak jest na Kubryku... gdzie indziej jednak nie należy przesadzać ;-) Gospodarze Kubryku zaprezentowali się z jak najlepszej strony - dobrze, że na festiwalu można ich było usłyszeć więcej niż raz.

Kapitan Mieczkowski, kolejny bardzo ważny wykonawca tego wieczoru. Usłyszeliśmy nie tylko utwory nowsze, jak poruszający, nostalgiczny "Regulus", ale i utwory tak stare, że zdawać się mogło że sala ŁDK, w której odbywał się koncert zaraz porośnie mchem, a fotele zapuszczą korzenie. "Śnieg i mgła i cisza wkrąg...". Niesamowite wrażenie!

Ogromnym, pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie występ Uli Kapały, której tym razem oprócz Janka Kapały towarzyszył także Wiktor Bartczak, znany również z Czterech Refów. Występy z większym akompaniamentem są tu dobrym pomysłem - pozwala to pokazać, że Ula nie tylko znakomicie śpiewa, ale także bardzo dobrze gra na mandolinie, co nie zawsze łatwo docenić przy występach solowych. Ula zaśpiewała przepięknie. Mamy nadzieję, że wpływ miała na to atmosfera koncertu, która w pełni pozwoliła na zaprezentowanie możliwości wokalistki, bo Ula podczas koncertu się uśmiechała (co jak może wiecie nie tak często się zdarza ;-)

Najciekawszym dla mnie momentem wieczoru było pojawienie się na scenie grupy o trudnej do zapamiętania nazwie: Flash Creep. Jej członków znamy dobrze - to Maciek Łuczak, Iza Puklewicz i Tomek Morozowski z Czterech Refów, a w tym składzie mogli nam zaprezentować swoje pomysły muzyczne, dalekie od konwencji Czterorefowych. Są zjawiskiem dość nowym - przed szerszą publicznością występują dopiero od początku tego roku, ale liczę, że będzie można ich jeszcze nie raz posłuchać. Świetnie zaaranżowane i wykonane utwory nawiązujące stylistyką do muzyki irlandzkiej zrobiły na mnie duże wrażenie. Przy okazji mogliśmy się przekonać, że Iza Puklewicz oprócz gry na skrzypcach naprawdę śpiewa i to nie tylko w Czterorefowych chórkach ;-) Polecam Wam Flash Creep gorąco!

Zespołem, który dobrze wpisał się w konwencję koncertu byli Kochankowie Rudej Marii, którzy zaprezentowali nastrojowe ballady. Właściwie był to recital morskiej poezji śpiewanej - bardzo dobre teksty, konsekwentna stylistyka, jak dla mnie może tylko nieco zbyt mało urozmaicone melodycznie. To naprawdę dobrze, że można ich spokojnie wysłuchać na takich festiwalach, jak Kubryk. Wszyscy chyba wiemy, że często zdarza się, że tak spokojne występy nierzadko wywołują zniecierpliwienie bardziej rozrywkowo nastawionej części publiczności objawiające się narastającym na widowni szumem, co skutecznie przeszkadza we właściwym odbiorze takiej muzyki... A tutaj? Wymarzone warunki dla bardziej wymagającej publiczności i wykonawców - absolutna cisza na widowni, a potem zasłużone szczere oklaski. :-)

Mechanicy Shanty wyszli na scenę, ustawili się, sprawdzili nagłośnienie instrumentów, po czym... mimo protestów Śmigla zeszli ze sceny, pozostawiając samego Szkota, który wykonał solo kilka utworów (od niedawna, niezależnie od występów z Mechanikami, Szkotowi zdarza się występować także w pojedynkę). Niedługo potem na scenie pojawili się wreszcie Mechanicy Shanty w pełnym składzie - zespół, który niczym nowym nas już chyba nie zaskoczy, ale nieodmiennie potrafi w świetnym stylu rozbawić publiczność. Ich występ tradycyjnie przerodził się w koncert życzeń - trudno zresztą, żeby było inaczej, kiedy mamy do czynienia z twórcami wielu z najważniejszych piosenek szantowego repertuaru w Polsce. Mechaników zawsze miło jest posłuchać!

Na tym zakończył się pierwszy dzień festiwalowy. Następnego dnia odbył się kolejny bardzo dobry kubrykowy koncert, wystąpiło wielu dobrze znanych wykonawców, w tradycyjny kubrykowy sposób zbierana była nagroda publiczności. Jednak to właśnie dzięki piątkowemu koncertowi ballad jubileuszowy XX-ty Kubryk zapamiętam bardzo dobrze!

Wilczy

autor Marcin Wilk (Redakcja "szanty.art.pl"), 30.05.2004 r.